Bez następnego tekstu…

Wolność mediów rzadko dziś ogranicza się wprost. Nie ma zakazów druku ani urzędowych decyzji o wstrzymaniu publikacji. Zamiast tego pojawia się język formalny, nagłówki „wezwanie przedsądowe”, precyzyjnie wskazane kwoty i terminy. Tak właśnie wygląda próba wywarcia nacisku, próba użycia prawa, jako narzędzia kontroli.

Wokół kontrowersji
W sprawie publikacji, dotyczących działalności Eko-Logis, redaktor naczelny lokalnego portalu popowicewroclaw.pl w krótkim czasie otrzymał serię pism sporządzonych przez kancelarię radcy prawnego, działającego w imieniu przedsiębiorcy-właściciela firmy Eko-Logis. Każde pismo było starannie skonstruowane. Zawierało żądania publikacji sprostowań w dokładnie narzuconej formie, przeprosin o określonej treści, zapowiedzi pozwów o naruszenie dóbr osobistych oraz wskazanie wysokich kwot potencjalnego zadośćuczynienia – do 50 tysięcy złotych. Ostatnie wezwanie miało charakter ostateczny i wiązało się z żądaniem zapłaty 10 tysięcy złotych na wskazany cel społeczny. Formalnie wszystko się zgadzało. Merytorycznie nie odpowiadało na żadne pytanie.

Punktem wyjścia były publikacje prasowe dotyczące kontrowersji wokół działalności przemysłowe,j prowadzonej w bezpośrednim sąsiedztwie terenów miejskich. Teksty opisywały obawy mieszkańców, kwestie środowiskowe, zdrowotne i administracyjne. Tematy trudne, ale klasyczne dla lokalnego dziennikarstwa. Tam, gdzie decyzje inwestycyjne najszybciej przekładają się na codzienne życie. To właśnie w takich sprawach prawo do informacji testowane jest najostrzej.

Pisma nie ograniczały się do polemiki z faktami. W ich treści pojawiały się sformułowania kwestionujące rzetelność dziennikarską, sugerujące osobistą winę redaktora, a także wskazujące na możliwą odpowiedzialność finansową i osobistą. Nie był to dialog o treści artykułów. Był to komunikat o konsekwencjach dalszego pisania. Granica między sporem a presją została przesunięta bez użycia jednego zakazu.

To jest klasyczny mechanizm SLAPP!
Taki schemat ma w prawie międzynarodowym swoją nazwę: SLAPP – Strategic Lawsuit Against Public Participation (strategiczny pozew przeciwko udziałowi publicznemu). To działania prawne lub quasi-prawne, których celem nie jest wygranie sprawy przed sądem, lecz zniechęcenie do dalszej aktywności publicznej. Wystarczy groźba pozwu, jeśli jest systematyczna, eskalująca i kosztowna psychicznie. Nie trzeba wyroku, by osiągnąć efekt.

W tej sprawie elementy SLAPP pojawiają się sekwencyjnie: nie jedno pismo, lecz ich ciąg; nie jedno żądanie, lecz cała lista – sprostowania, przeprosiny, przyznanie się do „nierzetelności”, zapowiedzi pozwów, wysokie kwoty. Do tego próba narzucenia treści publikacji, co wykracza poza ramy prawa prasowego, które dopuszcza sprostowanie faktów, a nie wymuszanie ocen redakcyjnych czy deklaracji światopoglądowych. Prawo zostało użyte nie jako narzędzie korekty, lecz kontroli.

Dysproporcja stron jest uderzająca. Po jednej stronie lokalny dziennikarz i niewielki portal społeczny. Po drugiej – przedsiębiorca, profesjonalna kancelaria prawna i perspektywa długotrwałych, kosztownych procesów. To klasyczny układ, w którym ciężar ryzyka przenosi się na najsłabszego uczestnika debaty. Równość stron kończy się tam, gdzie zaczynają się koszty.

Interes społeczny
Tymczasem przedmiot publikacji dotyczył spraw o oczywistym znaczeniu publicznym: środowiska, zdrowia mieszkańców, decyzji administracyjnych i konfliktów inwestycyjnych. Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie wskazywał, że właśnie w takich obszarach granice dopuszczalnej krytyki są najszersze. Im większy interes społeczny, tym mniejsza tolerancja dla uciszania.

Efekt mrożący nie wymaga statystyk. Groźba zadośćuczynienia w wysokości 50 tysięcy złotych działa odstraszająco nie tylko na autora, ale na całe środowisko lokalnych mediów. To sygnał wysyłany dalej: ten temat ma swoją cenę. Nie była to zwykła polemika, ani próba sprostowania faktów. Nie był to dialog. Była to sekwencja działań, zmierzających do podporządkowania redakcji poprzez prawo. Przekonanie, że czasem wystarczy jedno pismo, by następny tekst nigdy nie powstał.

Skutki takich praktyk są społeczne, nie jednostkowe. Gdy presja staje się normą, lokalne media rezygnują z trudnych tematów, mieszkańcy tracą dostęp do informacji, a debata publiczna zamiera. SLAPP nie niszczy jednego artykułu. Niszczy warunki, w których artykuły mogą powstawać. W demokratycznym państwie prawa prawnik nie powinien być narzędziem uciszania dziennikarzy, a prawo – substytutem cenzury. Jeśli jednak granica ta zostaje przekroczona, skutki nie dotyczą tylko jednej redakcji. Dotyczą wszystkich, którzy jeszcze zadają pytania.

tom

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *